Mega solidna trampolina - historia prawdziwa - Kancelaria Finansowa Paweł Skotnicki

Jakub B. Bączek ostatnio publicznie mnie zarekomendował, za co bardzo dziękuję. Nie w tym jednak rzecz. Poprosił, abym się nie obraził, po czym nazwał mnie „mega solidną trampoliną”. Nie dopowiadajcie sobie za dużo, po prostu przeczytajcie, co napisał, żeby nie być oderwanym od kontekstu.

Rzecz w tym, że akurat w zeszłym tygodniu przyszła mi do domu paczka. Zawartością dwóch kartonów były części, z których po złożeniu miała powstać właśnie trampolina. To już druga, bo pierwsza przyszła wybrakowana. Ale nie o to chodzi. Mały Stasiu o takiej marzył, to co mogłem zrobić?

Kto mnie zna, ten wie, że bardzo, ale to tak naprawdę bardzo, nie lubię majsterkowania, składania mebli i innych tego typu rozrywek. Ale biorę się za to mimo wszystko, bo syn tego oczekuje. Żona też. Wszyscy. Jestem ostatnią nadzieją!

I złożyłem. Stoi. Wielka. Mały skacze i się cieszy. Jestem bohaterem. Nic więcej się nie liczy. Ale w tym momencie przypominam sobie, że jednak jest jeszcze coś, co może mieć znaczenie. Otóż kilka lat temu, u sąsiada z naprzeciwka, bardzo podobna trampolina została poderwana, którejś feralnej nocy, przez wiatr i przeleciała ponad płotem, a następnie zatrzymała się na domku kolejnego sąsiada. Słaba akcja, bo latający klamot stwarza spore zagrożenie. Tu skończyło się „tylko” na wybitym oknie w drzwiach od tarasu.

Skoro raz się przydarzyło, to może wydarzyć się więcej razy. Ale ja jestem już mądrzejszy i wiem, że tak może być, więc sobie myślę „muszę pamiętać, żeby przywiązać trampolinę do płotu”. Minął czwartek, później piątek, nadeszła sobota. I co? I ulewa i silny wiatr! Zaczynam gorączkowo szukać w domu sznurka, oczywiście nie mam pojęcia, gdzie może być. Znalazłem! Wydaje się trochę cienki, ale lepszy taki, niż żaden. „Przywiążę tym, a później kupię lepszy, grubszy. I zamienię je”.

Idę i wiążę. Do trampoliny i do płotu. Najpierw jedną nogę, później drugą. Jedna rzecz mnie w trakcie zaniepokoiła. Otóż, gdy wiązałem supeł, sznurek się zerwał. To była zła informacja, bo gdyby zerwał się silny wiatr to moja lina nie zdałaby testu solidności. Za chwilę w domu dowiedziałem się, że to sznurek do wiązania prezentów. Czyli kiepsko.

Dzwonię do sąsiada. Najpierw jednego, ale nie ma żadnych sznurków, później drugiego i trafione. Ma linę. Porządną. Kolejny raz się ubieram i idę odebrać zdobycz. Rzeczywiście kawał prawdziwego sznura. Wracam do siebie, mierzę, ucinam, opalam zapalniczką końcówkę, wzmacniam jeszcze silvertapem i gotowe. Kolejny raz idę przywiązać sprzęt do płotu. Leje totalnie. Ale mamy sukces. Wszystko gotowe i teraz niech już sobie wieje.

No i co? Kojarzy się z czymś ta historia?

Jeżeli coś da się zabezpieczyć to jest to całkowicie bezsensowne żeby tego zaniechać. Bo po co miałbym ryzykować? Bez sensu. A gdyby żaden sąsiad nie miał sznura? A gdyby chodziło o coś dużo poważniejszego, niż lina do przywiązania trampoliny? Całkowicie nieodpowiedzialnym zachowaniem jest szukanie sznura w momencie, kiedy już wieje. Tu się udało. Ale równie dobrze mogło się nie udać!

A teraz analogia do ubezpieczenia. Ile razy myślisz, no tak, może trzeba się ubezpieczyć? Osoba, którą znam zachorowała, inny znajomy zmarł. Skoro im się tak stało to może stać się tak samo i mnie. Muszę o tym pomyśleć. I… Wszystko zostaje na długo w sferze przemyśleń. I zwlekasz. Ale nie da się niestety ubezpieczyć już momencie, kiedy coś się dzieje z Twoim zdrowiem. Czyli trzeba to zrobić, zanim zacznie wiać.

A druga ważna sprawa to, że nie chodzi tylko o to, żeby czymkolwiek przywiązać przedmiot do ogrodzenia. Za cienka linka nie zabezpieczy Twojego życia, Twoich finansów, Twojej rodziny, ani niczego innego. Dopiero odpowiednio gruby sznur powoduje, że zabezpieczenie działa. Czyli polisa, która wypłaca kilka tysięcy za poważne zachorowanie to raczej wstążka prezentowa, a umowa opiewająca na kilkaset tysięcy w razie zdarzenia to sznur, którego szukasz. Przykładowo.

Linę można pożyczyć od sąsiada. Zrobienie polisy chwilę trwa. Mogą Cię skierować na badania. Chcieć dopełnienia jeszcze innych czasochłonnych formalności. Za długo, aby kupować ją, gdy już za rogiem jest diagnoza. Lepiej kupić 10 lat za szybko, niż dzień za późno. Bo dzień za późno już się nie da.

Ukłony.

Udostępnij artykuł

Jeśli artykuł Ci się podoba udostępnij go proszę!